Przejdź do treści
Strona główna » Blog » Kogo w zasadzie dostrzegł Mniszek spoglądając w stronę Mnicha?

Kogo w zasadzie dostrzegł Mniszek spoglądając w stronę Mnicha?

Na wstępie pragniemy zaznaczyć, iż nie popieramy jakichkolwiek działań niezgodnych z prawem, dewastacji przyrody, czy stwarzania zagrożenia życia i zdrowia w Tatrzańskim Parku Narodowym i poza nim. Jednak zaistniała sytuacja i sposób medialnego przekazu, który stawia naszą slacklinową społeczność w niekorzystnym świetle, skłania do głębszej refleksji i zadania kilku istotnych pytań.

O czym więc będziemy pisać?

Zaczniemy od sztucznie rozdmuchanego niedawno przez media tematu z tytułowym zdjęciem w tle, tzw. medialnej gównoburzy o Mnicha. Wykażemy indolencję redaktorów i brak jakiegokolwiek, nawet powierzchownego zbadania problemu, z którym się zetknęli. Następnie uświadomimy Państwu, co w zasadzie obserwujecie, patrząc na fotografię i na czym ten sport polega. Dlaczego jest rozrywką w pełni bezpieczną, niezaliczającą się do sportów ekstremalnych. Kolejno, uspokoimy Tatrzański Park Narodowy (TPN) i uchylimy rąbka tajemnicy na temat montażu tej konkretnej taśmy pomiędzy Mnichem i Mniszkiem. Zastanowimy się również nad przepisami zabraniającymi highline w Polskich Tatrach i czy miały one zastosowanie w zaistniałej sytuacji. Na koniec przedstawimy, jak highline traktowany jest w innych regionach Polski i na świecie oraz wyjdziemy z pewną propozycją do władz TPN.

Przekaz medialny

Na początek przypomnijmy, czego rzecz dotyczy. Oto kilka wybranych nagłówków z, wydawać by się mogło, poważnej prasy internetowej: „Chodzili na linie między szczytami w Tatrach. Takie zachowanie w górach jest zabronione” (Wyborcza); „Chodził po linie między turniami w Tatrach. Trwają poszukiwania” (Onet); „Zakopane. Człowiek na linie między wierzchołkami w Tatrach. Szukają śmiałka” (PolsatNews); „Turysta chodził po linie nad przepaścią w Tatrach. Do sieci trafiło szokujące zdjęcie” (Radio Zet); „Tatry. Chodzili po linie nad przepaścią. Mrożąca krew w żyłach akcja na Mnichu” (Polska Times); czy wreszcie „Tatry. Linoskoczek przeszedł między górskimi szczytami, poszukuje go straż TPN” (Wprost).

Co z tego wszystkiego wynika? Maluje się nam obraz człowieka – turysty, który jest linoskoczkiem – samobójcą i do tego poszukiwanym przestępcą. Zgroza! Bardzo niebezpieczny typ. Boże chroń przed spotkaniem takiego szaleńca na szlaku! To już lepiej chyba stanąć oko w oko z niedźwiedziem. Niedźwiedź wydaje się być bardziej przewidywalny.

Szanowni państwo redaktorzy… Jak Wam nie wstyd tak robić ludziom wodę z mózgów? Naprawdę macie w głowach już tylko clickbaity? A gdzie rzetelna informacja? I teraz my musimy to wszystko odkręcać. W dodatku pro bono i bez takich zasięgów jak Wy, ale obiecujemy sobie poradzić.

W nagłówkach i dalej w treści ww. artykułów pojawiają się spójne dla wszystkich redakcji wyrażenia: „po linie”, „na linie” czy „linoskoczek”. Nic z tego nie jest prawdą. Nie było linoskoczka. Nikt na linie nie stał. Nikt po linie nie chodził. Nie było nawet samej liny… To co w takim razie sfotografował Pan Ireneusz Grzegolec? Pan Ireneusz uwiecznił SLACKLINERA na TAŚMIE. Z racji wysokości, na jakiej taśma została zawieszona, slackliner taki często nazywany jest highlinerem. Sama zaś odmiana slackline (chodzenie po taśmie) na wysokości to highline.

Jak odróżnić linoskoczkoczka od slacklinera?

Dla jasności wykażmy różnicę między linoskoczkiem a slacklinerem. Po pierwsze (dla mniej spostrzegawczych), przekrój liny jest okrągły, natomiast taśma jest płaska. Po drugie, lina linoskoczka jest stalowa lub ma dużą stali domieszkę i zazwyczaj posiada stalowe odciągi co kilka metrów. Wynika to z potrzeby zmniejszenia do minimum jej ruchu, drgań i nadania linie jak największej sztywności (z ang. tightrope walking). Taśma slacklinowa z kolei, wykonana jest z poliestru lub nylonu. Dzięki temu jest bardzo elastyczna, dynamiczna i potrafi mocno się rozciągać pod ciężarem slacklinera. Stąd z ang. ‘slackline’, które należy tłumaczyć jako ‘luźna linia’, a nie ‘luźna lina’. Gdyby było inaczej, to prawdopodobnie nazywałoby się to ‘slackrope’ albo ‘slackrope walking’.

Po trzecie, linoskoczek używa przedmiotów, które pomagają mu utrzymać równowagę. Zwykle jest to ‘drążek balansujący’? Sami nie mamy wiedzy, jak się fachowo ta ‘tyczka’ nazywa. Może ktoś pomoże? Slackliner z kolei ręce ma wolne od jakichkolwiek rekwizytów. Takowe przeszkadzałyby mu tylko w dynamicznym utrzymywaniu równowagi. I wreszcie po czwarte, linoskoczek nie posiada zabezpieczeń przed upadkiem z wysokości na ziemię. Slackliner (tu highliner) przeciwnie, jest perfekcyjnie przed tym upadkiem zabezpieczony.

Bezpieczeństwo na highline

Skoro już wiemy, kogo widzieliśmy na zdjęciu, zajmijmy się na chwilę bezpieczeństwem highlinera. „Mrożące krew w żyłach zdjęcie” – pamiętamy z artykułu. Przede wszystkim highliner posiada szereg zabezpieczeń. Podstawowe zabezpieczenia to: 1) BACKUP – taśma lub lina alpinistyczna, która jest zawieszana pod taśmą główną, na wypadek jej zerwania i posiada osobne mocowania; 2) RING – obręcz obejmująca taśmę główną i backup; 3) LONŻA – lina łącząca uprzężą highlinera z ringiem i ciągnąca ring za highlinerem podczas całej wędrówki w przestrzeni. Wszystkie ww. elementy mają ponad 2 tony wytrzymałości i każdy z nich, podobnie jak ma to miejsce we wspinaczce, przechodzi testy i posiada certyfikat.

Całość sprawia, że jest to sport w pełni bezpieczny i tylko błąd ludzki przy montażu taśmy lub przywiązywaniu się do lonży może skutkować niebezpieczeństwem większym niż siniaki lub obtarcia. Oczywiście są ekstremalne, podniebne przeżycia emocjonalne wynikające z wysokości i przestrzeni. Natomiast jeżeli mówimy o względach bezpieczeństwa, to absolutnie nie należy traktować highline jako sportu ekstremalnego.

W przypadku gdy chodzi o sam montaż taśm, to używane są tu zawiesia przemysłowe, o minimalnej sile zrywającej 7 ton, a dodatkowe szekle, maliony i ewentualnie kotwy (bolty) ze stali nierdzewnej posiadają odpowiednie atesty. Wszystko zależy od tego, czy można zbudować stanowisko naturalne, np. obejmując zawiesiami skałę lub drzewo, czy też trzeba stworzyć stanowisko stałe. W tym drugim wypadku wierci się dziury w skale pod kotwy, jak to ma miejsce w przypadku montażu punktów stałych w taternictwie. Jedno takie stanowisko, w przypadku highline posiada 3, rzadziej 4 kotwy. Kotwy highlinowe i kotwy wspinaczkowe niczym się nie różnią.

Oczywiście potrzebna jest do takiej budowy stanowiska w oparciu o kotwy wiedza i doświadczenie. Dlatego, podobnie jak w przypadku taternictwa, gdzie montażem zajmuje się osoba posiadająca uprawnienia ekiperskie, w highline zajmuje się tym osoba posiadająca uprawnienia riggerskie, która odbyła kurs i zdała egzamin ISA (International Slackline Association)

Kto zatem chodził po Mnichu?

Mając powyższą wiedzę, zastanówmy się nad osobą „śmiałka”. Czy był to rzeczywiście jakiś niespełna rozumu turysta, wariat ryzykujący życiem swoim i innych – jak podają media? Czy może jednak był to profesjonalnie przygotowany zespół osób, który nie dość, że wszedł na Mnicha, to potrafił w kilkadziesiąt minut zamontować taśmę, przejść po niej, zdemontować i zniknąć? Pamiętajmy przy tym, że najłatwiejsze wejście na Mnicha ma wycenę II (UIAA-Tatrzańska) i jest niedostępne zwykłemu turyście bez odrobiny przygotowania wspinaczkowego, wiedzy i sprzętu. Odpowiedź pozostawiamy pod Państwa indywidualną rozwagę.

Jak przeprowadzono montaż taśmy i czy było to nielegalne?

Skoro już wiemy, że w highline wszystko jest w najwyższym stopniu bezpieczne, o ile się go prawidłowo zamontuje, spieszymy uspokoić Panią Paulinę, która tak odpowiadała na pytanie w jednym z wywiadów:

„– Co do ewentualnych kar, to grozi za to mandat wysokości minimum 500 zł, ale wysokość zależałaby na przykład od tego, czy montowano kotwy – przekazała portalowi polsatnews.pl Paulina Kołodziejska, kierownik Działu Komunikacji i Wydawnictw TPN”.

Otóż Pani Paulino, nie zamontowano ani jednej kotwy. Nie było wiercenia w skale. Proszę nie pytać, skąd wiemy. My po prostu przed napisaniem artykułu odrabiamy lekcje.

Zastanówmy się teraz, czy był to czyn nielegalny i karalny? Jak wynika z artykułów, na pewno: „I choć takie dyscypliny są w Polsce nielegalne..” (Radio Zet), „Takie zachowanie w górach jest zabronione” (Wyborcza), a cała reszta mediów trąbi o „ściganiu śmiałka”. Tu ponownie redaktorkowie zafałszowali prawdę i wprowadzili państwa w błąd. Po pierwsze highline w Polsce jest legalny. Po drugie „takie zachowanie w górach” nie jest zabronione. Możliwe, że jest „nielegalne” i „zabronione” w Tatrzańskim Parku Narodowym, ale poza nim nie jest. Dlatego oddajemy znowu głos Pani Paulinie:

„- Tatrzański Park Narodowy nie dostał wcześniej żadnego zgłoszenia o zamiarze tego typu działalności. – Ale i tak by zgody nie było. Tego typu działalność nie jest dozwolona. Rodzaj udostępniania danego miejsca w Tatrach regulują zarządzenia, w tym na przykład Zarządzenie Dyrektora TPN w sprawie uprawiania taternictwa i narciarstwa ekstremalnego na terenie tatrzańskiego Parku Narodowego – wyjaśnia Paulina Kołodziejska z Tatrzańskiego Parku Narodowego”. (źródło: Gazeta Krakowska)

Czyli nie warto zgłaszać, bo zgody i tak nie będzie, bo jest to niedozwolone. Sięgamy więc do wspomnianego Zarządzenia Dyrektora TPN, bo każdy może do niego sięgnąć, np. TU. Zastanawiamy się jednocześnie, pod co bardziej można ten highline podciągnąć? Pod taternictwo, czy pod narciarstwo ekstremalne – skoro taki przepis został tu przytoczony i na jego podstawie ów „śmiałek” miałby zostać ukarany. Wybieramy, wybieramy… no niech będzie taternictwo. W końcu mało jest w highlinie zjeżdżania ekstremalnego, a podobnie jak w taternictwie sporo chodzenia.

Czytamy różne zapisy, co, jak, kiedy i w jakich warunkach kto może i na koniec lądujemy na mapie, z zaznaczonym obszarami gdzie można uprawiać taternictwo. No i jak byk widnieje na tej mapie Mnich i czerwone strzałki w jedną i w drugą stronę, gdzie strzałka wskazuje, po której stronie grani można taternictwo uprawiać. Czyli generalnie na całym Mnichu i Mniszku można, jak dobrze rozumiemy?

Proszę nas zatem wyprowadzić z błędu i oświecić. Nie jesteśmy wszak redakcją prasową, która ma sztab prawników, którzy potrafią wygrzebać i z pełnym zrozumieniem czytać przepisy. Tak tylko na chłopski rozum staramy się dojść prawdy. Jeżeliby w takim razie potraktować highline jak taternictwo, skoro miałby podlegać pod cytowane zarządzenie, to było to zgodne z prawem, czy nie? A co w wypadku, jeżeli ów „śmiałek” był taternikiem, którego na pewno te przepisy dotyczą? To on mógł czy nie mógł tam przebywać? A skoro nie robił montażu i demontażu stałych punktów, na które potrzebna jest zgoda TPN (patrz Zarządzenie Dyrektora), to czy miał on prosić TPN o tę zgodę, której i tak by nie dostał? Czy może są jeszcze jakiś inne regulacje?

Mamy nadzieję, że niedługo dostaniemy odpowiedzi na dręczące nas pytania. Tymczasem przyjrzymy się, jak sprawa z highline wygląda w innych regionach Polski i poza jej granicami.

Highline w Polsce

Skoro w Polskich Tatrach highline jest „zabroniony”, to niewiele naturalnych miejsc pozostaje do uprawiania tego pięknego sportu. Wszak highline potrzebuje wysokości. Oczywiście mamy w naszym kraju inne góry, jak Beskidy czy Bieszczady, jednak małe nachylenie stoków w zasadzie uniemożliwia bezpieczny montaż taśmy. Bezpieczny dla highlinera, bo wbrew pozorom im wyżej, tym bezpieczniej. Ma to związek z przykładowym zdarzeniem, o którym nie słyszeliśmy, żeby zaistniało, ale może się zawsze zdarzyć taki wypadek, kiedy pęka taśma główna. Wtedy „śmiałka” ratuje taśma zapasowa – backup. Jest on jednak (backup) z wielu względów mniej napięty niż taśma główna i luźno pod nią zwisa, w postaci obserwowalnych „firanek”. Czyli, żeby zadziałał, potrzebuje czasu, czyli metrów wysokości. Innymi słowy, najlepsza dla highline jest przepaść i duża ekspozycja.

Nie jest jednak tak, że nigdy nie chodzimy po wysokich taśmach np. w Beskidach. Oczywiście, że tak. Są to jednak niskie i mało eksponowane highline tzw. midliny (15-20 m wysokości). Nie robimy tego też ukradkiem czy po kryjomu. Tu wymagana bywa np. zgoda Lasów Państwowych i takową potrafimy uzyskać.

Wracając do tematu, to mamy jeszcze w zanadrzu Jurę Krakowsko-Częstochowską, gdzie highline podobnie jak wspinaczka, jest całkowicie dozwolony. Mamy tam, tak samo jak wspinacze, szereg stanowisk stałych. Problem w tym, że ze względu na ukształtowanie terenu i techniczne możliwości bezpiecznego montażu taśmy, highline na Jurze ogranicza się w zasadzie do Doliny Bolechowickiej i Kobylańskiej. Nie mniej zorganizowaliśmy w tych dwóch dolinkach, na przestrzeni ostatnich kilku lat, kilkanaście kilkudniowych spotkań highlinowych. To w zasadzie tyle, jeżeli chodzi o naturalne wypiętrzenia terenu do uprawiania naszego sportu w Polsce.

Pozostają dwa highlinowe festiwale miejskie: Urban Highline Festiwal w Lublinie i OFCA Highline w Oleśnicy. Co ciekawe, jeżeli chodzi o montaż taśm na tych dwóch festiwalach, to obcujemy w zasadzie tylko z zabytkami architektonicznymi. Taśmy dosłownie wiążą jeden zabytek z drugim, a my poruszamy się notorycznie pomiędzy gotykiem, renesansem i barokiem. By przytoczyć tylko kilka z nich: Trybunał Koronny, Brama Krakowska, Wieża Trynitarska w Lublinie, czy Bazylika Mniejsza i Zamek Książąt w Oleśnicy. Nie są to też małe festiwale. Lublin potrafi gościć nawet 200 highlinerów z całego świata i wywiesić do 20 taśm jednocześnie, na okres kilku dni…

Urban Highline Festiwal w Lublinie 2019 r. (fot. Michał Głos)

W tym miejscu, patrząc na powyższe zdjęcie z Lublina, pozwolimy sobie nie zgodzić się z wypowiedzią Pana Edwarda Wlazło, komendanta Straży Tatrzańskiego Parku Narodowego:

– Jest to niebezpieczne dla samego śmiałka, który wykonywał tego typu akrobacje na linie, ale także dla przewodników, którzy przebywali w dolnej części tego rejonu – dodał Wlazło. – Mogło dojść do nieszczęśliwego wypadku, nawet z utratą życia lub zdrowia – wyjaśnił”. (źródło: polsatnews.pl)

Otóż jak wyżej wyjaśniliśmy, „śmiałek”, który spełniłby wszystkie wymogi bezpiecznego montażu taśmy, byłby niezagrożony. To samo tyczy się osób pod nim przebywających. Proszę jeszcze raz przyjrzeć się zdjęciu. I w Lublinie i w Oleśnicy, bezpośrednio pod taśmami przebywają tłumy ludzi. Oczywiście do nieszczęśliwego wypadku może dojść zawsze (choć nigdy takowy nie wydarzył się na tych festiwalach) i z tym nie będziemy się spierać. Może się on zdarzyć również na Krupówkach przy próbie sforsowania krawężnika.

Highline na świecie

Na świecie oczywiście wygląda to bardzo różnie, w zależności od kraju. Z reguły, w wyższych partiach górskich highline jest dozwolony, ale potrzebne są odpowiednie zezwolenia. To akurat uważamy za jak najbardziej słuszne i rozsądne. W pewnych miejscach bowiem taśma mogłaby kolidować z ruchem lotniczym helikopterów. Są też różnego rodzaju obostrzenia, związane z naturą samej skały, np. zasady dotyczące wspinaczki skałkowej i highliningu na piaskowcu. Czasami nie można używać drona, bo mógłby ingerować w warunki naturalnego rozwoju fauny. Wiadomo, że dron jest głośny…

A właśnie! Czy wiedzą Państwo jak my łączymy dwa stanowiska taśmą w przypadku highline? I nie mamy tu na myśli takiego highline, jaki był na Mnichu, który miał 20 parę metrów długości i którego stanowiska można było połączyć, idąc granią z taśmą. Tego typu highline, nie umniejszając samego „wyczynu”, nazwalibyśmy highlinem „kieszonkowym”. Chodzi nam o sytuację, kiedy pomiędzy jednym a drugim stanowiskiem jest przepaść, głęboka na kilkaset metrów i nie ma możliwości na obejście jej bokiem. Wtedy zazwyczaj używamy drona (choć zdarzało nam się, przy mniejszych odległościach używać wędki, procy i łuku). Nie jest też tak, że dron może przelecieć z taśmą, bo jest ona zbyt ciężka. Leci on wtedy na drugą stronę z tzw. repem – lekkim ale wytrzymałym sznurkiem. I dopiero kiedy w ten sposób połączone zostaną obydwa stanowiska, za pomocą repa przeciągana jest taśma na drugą stronę.

Tu dwie ciekawostki z życia, apropos właśnie łączenia dwóch stanowisk. Pierwsza wydarzyła się we Francji w 2016 roku, kiedy jeszcze drony nie były w highline używane. Próbowaliśmy zrobić jedną z najdłuższych ówczesnych linii highlinowych na świecie i połączyć ze sobą dwa szczyty: Baou de Saint-Jeannet i Baou de la Gaude. Odległość pomiędzy nimi, w linii prostej, wynosiła ponad 800 metrów, natomiast wysokości względnej było około 400 metrów, o ile dobrze pamiętam. Przeprowadziliśmy dwie, z różnych względów zakończone fiaskiem, próby połączenia szczytów przy użyciu motolotni. Koniec końców skończyło się to montażem na tzw. piechotę. W przedsięwzięcie zaangażowanych było kilkanaście osób, a cały proces trwał 3 dni. Drugie zdarzenie miało miejsce w Niemczech, w ścisłym rezerwacie przyrody. Gdzie ze względu na okres lęgowy ptaków nie można było użyć drona. Jak w takim razie poradzili sobie z tym problemem Niemcy? Do połączenia repem dwóch stanowisk wykorzystali tresowanego sokoła.

Highline pomiędzy Baou de Saint-Jeannet i Baou de la Gaude w 2016 r. (fot. Antigravityadventures)

Wracając do sytuacji highline na świecie, przedstawimy kilka przykładów. W Tatrach Słowackich – legalny, bez zezwolenia, darmowy; w Alpach Szwajcarskich – legalny, wymagane zezwolenia, powyżej 60 m wysokości względnej opłaty i obostrzenia; we Włoskich Dolomitach – legalny, wymagane zezwolenia i całkiem sporo papierkologii, darmowy; w Czechach – legalny, obostrzenia w przypadku wieszania na piaskowcu, darmowy; w USA – legalny… W sumie nie o to nam chodzi, żeby przedstawić Państwu niekończący się łańcuszek potwierdzeń i argumentów za tym, że highline powinien być wszędzie legalny i ogólnie dostępny. Dalecy jesteśmy od takich pomysłów. Każdy kraj jest inny, posiada własne prawa i regulacje, inną faunę, florę i masywy górskie. Szanujemy to.

To o co nam właściwie chodzi?

Jest na świecie wiele magicznych miejsc, gdzie highline przez większość czasu jest całkowicie zabroniony i nielegalny, zważywszy na ich specyficzny charakter. Są to m.in. parki narodowe, ścisłe rezerwaty przyrody czy zabytkowe części miast. My jednak raz do roku tam jeździmy i chodzimy po wysokich taśmach. Jak to się dzieje? Rozwiązaniem jest festiwal highlinowy, który daje satysfakcję obydwu współdziałającym ze sobą stronom. Festiwal trwa zazwyczaj kilka dni i tylko i wyłącznie wtedy można zainstalować w tym konkretnym miejscu taśmy. Miasto czy dany region zyskuje możliwość promocji, a highlinerzy (pod ścisłymi rygorami) mogą trawersować linie i cieszyć oko baśniowym widokiem.

Mam tu na myśli nie tylko Lublin i Oleśnicę (nikt chyba nie wyobraża sobie, że można w środku tygodnia wejść w Oleśnicy na wieżę zamkową i połączyć ją taśmą z wieżą Bazyliki?). Takie festiwale i meetingi odbywają się cyklicznie we wszystkich zakątkach Europy i świata. Do naszych ulubionych należą m.in. „Sicily Slackline Meeting” w Parco della Rocca di Cefalù we Włoszech – wpisanym na listę światowych geoparków UNESCO (taśmy wieszamy pomiędzy ruinami średniowiecznej twierdzy i Świątynią Diany z IX w.p.n.e), „Adršpach Highline Meeting” w Adrszpaskim Parku Narodowym w Czechach, czy „Persian Highline Meeting” w Haygher Canyon w Iranie. Za takie magiczne miejsce uważamy również nasze Tatry.

I tu właśnie mamy propozycję do Pana Dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego. Może spróbowalibyśmy wspólnie zorganizować taki festiwal w Tatrach? I nie mamy na myśli jakiś trudno dostępnych miejsc. Co prawda jesteśmy highlinerami, ale to nie oznacza, że każdy z nas świetnie się wspina lub ma doświadczenie w alpinizmie. Podejrzewamy, że na takiego Mnicha cześć z nas mogłaby nie dać rady się wdrapać. Mamy na myśli jakiś łatwo dostępne miejsce udostępnione do taternictwa lub w ogóle w okolicy Kasprowego. Coś na kształt, jak to od dawna robią Szwajcarzy, we współpracy z koleją linową: The Highline Extreme. W miejscu, w którym byłby łatwy dostęp dla uczestników, publiczności i mediów. Chętnie zrobilibyśmy takie rozeznanie w Tatrach, właśnie pod tym kątem i rozpoczęli rozmowę z Panem Dyrektorem niekoniecznie na łamach prasy.

Z naszej strony możemy zapewnić, że jako niewielka społeczność (czyli w zasadzie wszyscy się znamy), mamy bezkompromisowy szacunek dla otaczającej nas przyrody, bez względu na to, czy wchodzi ona w skład parku narodowego, czy nie wchodzi. To samo dotyczy mniej lub bardziej zabytkowych konstrukcji miejskich. Posiadamy duże doświadczenie, jeżeli chodzi o bezpieczny montaż taśm oraz niezbędne dokumenty potwierdzające nasz profesjonalizm. Mamy też pełne zaufanie ludzi, z którymi do tej pory podjęliśmy w tym zakresie współpracę. Inaczej, taki festiwal na Lubelskiej Starówce nie odbywałby się 12 lat z rzędu.

Mówiono nam co prawda, że TPN jest instytucją skostniałą, niereformowalną i nie ma co nawet podejmować próby dialogu, bo byłby on stratą czasu. Nie zgadzamy się z takimi twierdzeniami, wszak słuchamy Państwa podcastów. Poza tym nasza wiara w ludzi i życiowy optymizm w ogóle nie przyjmuje takich argumentów do wiadomości. Gdyby było inaczej, nic w naszym sporcie byśmy nie osiągnęli i nie odwiedzilibyśmy tylu niesamowitych miejsc, uprawiając go. Dlatego jesteśmy otwarci na rozmowę i wierzymy, że obie strony mogą się wiele od siebie nauczyć i nawet wzajemnie polubić. To jak Panie Dyrektorze, działamy?

Strefa Slackline & Przyjaciele

W przypadku chęci podzielenia się z nami własnym zdaniem zapraszamy do komentowania pod postem, na naszym profilu na FB lub e-mailem, na adres: kontakt@strefaslackline.pl

Na blogu niebawem ukaże się więcej ciekawych artykułów, np. publikowane przez nas na FB, dotyczące m.in. pierwszych kroków na taśmie, tricków statycznych, slackline yogi czy 'psychologii taśmy’.